Rodzaj: własnościowe
Lokatorzy: Victor Snowdon
Liczba pokoi: 3
Koszt utrzymania: średni

#4 It's like an avalanche, I feel myself go under

Callie Carter

kelnerka, sekretarka

Awatar użytkownika

22 y/o

170 cm

I'm scared to get close.

I hate being alone.

can you feel my heart?

Downtown

brak odznak

Post »

Miniony tydzień minął jej na tym, by było normalnie. Callie próbowała naprowadzić swoje myślenie na zwyczajowe tory, zapominając o tym co dostała, a co jej się nie należało i tak naprawdę nigdy nie było jej. Starała się radzić sobie z tym wszystkim, chociaż w połowie tak dobrze jak Victor, wiedząc że tyle powinno wystarczyć by ta misja zakończyła się powodzeniem. Bo właściwie, żadne z nich nie potrzebowało niczego więcej jak powrotu do tego co mieli wcześniej. W przeciwnym razie czekał na nich tylko dystans i chłód, a to było jeszcze gorszym wyjściem z sytuacji. Dlatego, tak jak obiecała wtedy w samochodzie nastawiała się na to, by było między nimi tak jak przed tą nocą. W między czasie jak zawsze oddając się swoim codziennym obowiązkom, którymi była praca w biurze, a weekendem w barze. Życie wydawało toczyć się dalej, nic strasznego się nie działo, nie nadszedł żaden koniec, świat się nie zawalił. Wystarczyło wrócić do tej cudownej rutyny i przyjąć to, co miał przynieś los…
Szła. Już dosyć długo, wydawałoby się że zupełnie bez celu. Przed siebie. Coś ją pokierowało właśnie w te okolice. Jednak to nie były żadne pozytywne odczucia. Tylko ogromny żal. Stała pod tym budynkiem, nie pod drzwiami, lecz w bezpiecznej odległości. Tym jedynym, który w swoim życiu nazywała domem i chciała go zniszczyć. Dosłownie podejść tam, pobawić się w małego piromana i to wszystko spalić. Bo nie widziała już najmniejszego sensu jego istnienia. Chociaż jej bycie tam, też takiego nie miało. Wcześniej trzymała się tego miejsca, chociaż nie zbliżała się do niego. Jednak została w tym cholernym Burlington z jakiegoś powodu. Może nie myślała o nim tak wprost albo po prostu nie zakładała, że tak nagle może go zabraknąć…
Po raz kolejny rozwyła się całkowicie. Jeszcze jakiś czas tam postała i ruszyła dalej. Biorąc pod uwagę kawałek, który musiała przejść z centrum w te okolice można założyć, że jej pokrętna wędrówka zajęła przynajmniej kilkadziesiąt minut. Jednak precyzując, że obecną porę można już było nazwać bardziej wczesnym porankiem niż nocą to można było założyć, że jej wycieczka trwała trochę dłużej. Na swoje szczęście, wybierając się tego wieczoru do pracy ubrała długie spodnie i damską, przyległą koszulę z długim rękawem, całość oczywiście w kolorze czarnym. Włosy miała wysoko spięte i uplecione w już trochę nieskładnego warkocza. Jej skóra mimo to pozostawała chłodna i blada, gdyż noce nie należały jeszcze do najcieplejszych. Mocniejszy makijaż, na który pozwoliła sobie tego wieczoru zupełnie rozmazał się, w większości znajdując się na jej mokrych policzkach. I w takim oto pięknym wydaniu, z flaszką litrowej, nienapoczętej wódki w dłoni wylądowała pod tymi drzwiami. Carter stała tak dobrych dziesięć minut rozważając wszystkie za i przeciw. Ponownie zachowywała się tak źle wobec niego, przylatując gdy tylko go potrzebowała. I mimo iż nie miała żadnych złych intencji to było jej z tym jeszcze gorzej. Jeżeli w ogóle jeszcze gorzej mogło być…
Blondynka zadzwoniła, dosyć długo przyciskając przycisk. Nie pukała, było około czwartej, przecież nie usłyszałby. Zwątpiła, wycofała się, odwróciła i zrobiła kilka kroków do przodu, jednak zaraz się zatrzymując. Wiedziała, że nie da sobie z tym rady sama. Jedyne co jej zostało, trzymała w dłoni, ale przecież nie chciała tak przeżywać tych emocji. Nie po prostu to znieczulić i zapomnieć. Wcale nie chciała o nim zapominać. Odwróciła się z powrotem i podeszła do drzwi z opuszczoną głową. Czekała. Aż w końcu usłyszała jak Victor schodził po schodach, przekręcał zamek w drzwiach i w końcu je otworzył. Zobaczyła jego nogi i przez chwilę dalej tylko stała. Niemniej w końcu uniosła głowę, kierując powoli swoje czerwone oczy na niego. Wpatrywała się w jego ciemne tęczówki, szukając w nich spokoju i ukojenia, którego teraz tak bardzo potrzebowała. Otworzyła usta, by w końcu wypowiedzieć na głos tę frazę, która odkąd Callie opuściła bar odbijała się echem w jej głowie.
- Mój tata nie żyje - powiedziała na jednym wydechu. Nie płakała już od jakiegoś czasu, próbowała zebrać się w sobie zanim tu przyszła, lecz teraz gdy uwolniła te słowa natychmiastowo popadła w płaczliwy lament.

@Victor Snowdon Am I broken? What's the chance I will survive? :sad:

niemów mi

3poziom

63punkty


Victor Snowdon

web developer i grafik

Awatar użytkownika

25 y/o

188 cm

the sun dont shine but it never did

and when it rains it fucking pours

but I think I like it

South End

brak odznak

Post »

Czym właściwie była ta normalność, do której usilnie dążyli? Chcąc wrócić w objęcia tego, co określali jako zwyczajne, razem ale osobno, co tak naprawdę próbowali osiągnąć? Albo, co ważniejsze, czego starali się uniknąć? Jak zwykle nie potrafił dojść do jednej, klarownej odpowiedzi, więc zajął się tym, co potrafił najlepiej, czyli umniejszaniem problemu, spychaniem go na bok, życiem mimo rany, którą pogłębiała w nim ciągła, ignorowana obecność nierozwiązanej kwestii. Jakoś przecież dawał sobie z tym radę.
Początkowo rozlegający się dźwięk dzwonka do drzwi wytrącił go ze snu, ale nie rozbudził. Dopiero jego dłuższa nieustępliwość kazała Victorowi szerzej otworzyć oczy i zwlec się z łóżka. Nie wiedział, co się działo, o co mogło chodzić, chciał tylko, by odgłos ustał. Upartość dzwoniącego popchnęła go do zamiaru opuszczenia sypialni, i choć zapanowała cisza, gdy tylko po wciągnięciu na tyłek dresów sięgnął do klamki, ostatecznie na nią nacisnął skoro i tak już wstał. Lunatycznym niemal krokiem zaczął schodzić na dół, przytrzymując się jedną ręką poręczy żeby nie wyjebać się o własne nogi na którymś ze stopni, zwłaszcza że im był niżej tym szybciej szedł, jakby rozpędzał się niczym kula śniegu z górki. Nawet nie zapalał światła po drodze, bo od biedy potrafił się już poruszać po tym domu w ciemnościach bez zabijania się o meble czy ściany, ale już w samym korytarzu odnalazł po omacku przełącznik i wcisnął go, tak żeby być w stanie zobaczyć osobę próbującą się do niego dobić o tej porze. Choć ta pora pozostawała dla niego bliżej nieokreślona, bo wstając nie zerknął nawet na telefon aby skontrolować godzinę. Mrużąc od ogarniającej pomieszczenie jasności oczy, do której musiał jeszcze chwilę przywyknąć aby być w stanie cokolwiek rozpoznać, odryglował drzwi po czym po prostu otworzył je na oścież, wpuszczając do środka chłodny podmuch nocnego powietrza, powodujący u niego zjeżenie się włosków na nieokrytych koszulką bez rękawów fragmentach skóry. Jedną ręką przecierając się po niewyraźnej mordzie uniósł jeszcze niezbyt skupiony wzrok na sylwetkę stojącą po drugiej stronie progu.
- Callie? – Mruknął niewyraźnie sam do siebie pod nosem, zastanawiając się, czy mu się tylko nie wydaje. Zamarło w nim wszystko tak szybko jak uniosła na niego spojrzenie, i chociaż panujące warunki oświetleniowe nie były najlepsze, od razu zobaczył, że coś jest bardzo nie tak. Nie musiał nawet pytać co się stało, zaraz sama mu powiedziała, a on nie był na to kompletnie gotowy. Z resztą kto jest rzeczywiście przygotowany, gdy spotyka go tragedia własna bądź bliskiej osoby? Stał tak bez ruchu, może sekundę a może kilka, i ciężko było stwierdzić, czy niezrozumienie malujące się na jego twarzy wynikało z utrzymującego się jeszcze rozespania, czy jednak z zupełnie abstrakcyjnego znaczenia słów, które zostały do niego skierowane. Wyglądał, jakby informacja do niego nie dotarła. Jakby w ogóle nic nie usłyszał. Oprzytomniał dopiero na jej wybuch płaczu, choć też nie od razu - ale kiedy tylko dotarło do niego, że chyba wcale mu się to nie śni, poczuł, jak w pierwszej kolejności brakuje mu powietrza w klatce piersiowej, a zaraz później zarejestrował, jak jego własna dłoń wystawia się w jej kierunku, łapie ją i wciąga do środka. – Boże… chodź tutaj. – Usłyszał swój beznadziejny głos i momentalnie objął ją jednym ramieniem, drugą ręką zamknął za nią drzwi i sięgnął do mimowolnie zauważonej, trzymanej przez nią butelki, której szklaną szyjkę pewnie ujął i, z wypowiedzianym łagodnie daj mi to, odebrał i odstawił na szafkę przy wejściu. Wolną już teraz dłoń ułożył na tyle jej głowy i przyparł ją do siebie instynktownie, w tym momencie w końcu przestając wstrzymywać oddech. Jego płuca zaczęły się gwałtownie napełniać i ciężko opróżniać, a on jedyne, co potrafił teraz zrobić, to tylko jeszcze mocniej dociskać tak bardzo kruchą sylwetkę do swojego ciała.
Aktualny stan blondynki docierał do Victora bardziej niż jego przyczyna, choć przecież poznał ją od razu na wstępie. Ale to… To było tak brutalnie nierzeczywiste, a jednocześnie paraliżująco znajome. I choć wcale się nad tym nie zastanawiał, wiedział, że żadne zapewnienia w stylu będzie dobrze nic nie zmieni. Właściwie nie było słów, które mogłyby poprawić sytuację, nic nie miało szans odczynić tego, co się stało. - Jestem tu. Nie zastąpię ci go, nikt nie będzie w stanie go zastąpić. Ale jestem tu dla ciebie, Callie. – Ciche słowa wydobyły się z piersi Snowdona mimo cały czas utrzymującego się oszołomienia. Oddałby wszystko, żeby jej teraz pomóc, by jej ulżyć, odebrać chociażby część cierpienia. Nie wiedział tylko, jak miałby to zrobić, więc jedyne, na co na razie się zdobył, to pewne utrzymanie jej w swoich objęciach, którymi nieudolnie starał się stabilizować jej drgające w szlochu ciało.

@Callie Carter come sink into me and let me breathe you in, I’ll be your gravity, you’ll be my oxygen *.*

luczkowa#6559mów mi

4poziom

75punkty


Callie Carter

kelnerka, sekretarka

Awatar użytkownika

22 y/o

170 cm

I'm scared to get close.

I hate being alone.

can you feel my heart?

Downtown

brak odznak

Post »

Po wypowiedzeniu tych słów na głos powinno zrobić się jej lżej, bo w końcu uwolniła je z siebie, a trzymała gdzieś tam głęboko od bliżej nieokreślonego czasu. Jednak wcale nie było. W ogóle by tego nie mówiła, gdyby nie potrzeba wytłumaczenia się z przerwania prawdopodobnie jego snu o tej porze. Tego, że pozwoliła sobie ponownie i bez ostrzeżenia przekroczyć jakąś granicę i próg jego domu. Do którego on sam ją wciągnął, ale co mógł innego zrobić, jak przyszła do niego w takim stanie. On wykonał tylko prosty gest, ale to ona była jego prawdziwym inicjatorem. Ona chciała być u niego w jej chwili, a nie gdzieś indziej. I chyba po prostu miała taką potrzebę by wiedział. Nie rozumiała jeszcze dlaczego, bo przecież wcale nie chciała o tym mówić. Dopiero co to ją przygniotło, a w takim przypadku zazwyczaj uciekała przed problemem. Chowała się gdzieś przed nim, a po pewnym czasie gdy do niego w najmniejszej części przywykła, wykopywała mały dołek, wrzucała do niego wszystko co było z nim związane, zakopywała z powrotem i udawała, że nie było sprawy. Od czasu do czasu przy różnych, dla innych niemających sensu sytuacjach wracała w to miejsce, gdzie był pogrzebany i poddawała się mu, przeżywając go na nowo…
Był pogrzebany. Wybuchła ponownym płaczem, tym razem Snowdon nie mógł domyślać się w ogóle dlaczego. Gdyby sama strata ojca w tak młodym wieku nie była wystarczającym kopniakiem od losu. Nie zorientowała się nawet jak zabrał jej butelkę. Wcale jej przecież teraz nie chciała. Nie dlatego, że uważała to za nieodpowiednie. I nie tylko dlatego, że nie chciała teraz zapomnieć. Dla zasad, których już dawno nie przestrzegała. Jego reguł, bo on był najporządniejszym mężczyzną na świecie jakiego znała. I nie spodziewała się, że uda jej się spotkać na swojej drodze lepszego. W ich domu się nie piło, jeżeli alkohol w ogóle był tolerowany to bardzo okazjonalnie w postaci wina, szampana czy whisky dosłownie w celach smakowych. Ale i tak tata nie pił, bo zawsze czuł się w potrzebie by być na posterunku, gdy już był w domu. Nie chciał niczego tracić, czegoś pominąć czy żeby coś przeszło mu koło nosa. To była bardzo żelazna zasada, którą jako jedną z pierwszych złamała Callie, gdy tylko uciekła z domu. A to tak długo zakazane okazało się bardzo kuszące i tak już po prostu zostało. Lecz teraz czuła wstręt do samej siebie i do tego, ile razy zawiodła swojego ojca. Mimo iż on przecież o niczym nie wiedział, bo nie mieli żadnego kontaktu. Chodziło o sam fakt. Dlatego, gdy tylko Victor uwolnił jej drugą dłoń, jej ciało które wcześniej nie drgnęło z własnej woli teraz mocno się do niego przysunęło, a dłonie objęły go, zaciskając się na jego plecach.
Nie potrafiła powstrzymać swojego płaczu, po jego słowach tylko przycisnęła swoją twarz do jego ciała. Miała tyle myśli w głowie. Tych dobrych o swoim tacie, głownie z jej wczesnego dzieciństwa. Tych gorszych, gdy ich stosunki rodzinne zaczęły się psuć, ale on przecież nie miał z tym nic wspólnego. O Victorze i tym, że wcale nie powinno jej tu być. Chociaż już sama nie wiedziała tego do końca. Potrzebowała go teraz i to cholernie mocno, ale to chyba nie wychodziło poza ich małą umowę. Lecz z drugiej strony minęło tak mało czasu. No i myślała o sobie i o tym jaką beznadziejną była córką. Byłam. Kolejny wybuch płaczu, jednak tym razem nie była w stanie już trzymać tego wszystkiego w sobie, chociaż czuła że wypowiedzenie tego na głos sprawi jeszcze większy ból i po raz kolejny obnaży przed Victorem to jakim była fatalnym bytem ludzkim.
- Ani razu nie odezwałam się do niego na święta. Nie złożyłam mu życzeń na urodziny. Nawet nie próbowałam z nim porozmawiać przez ten cały czas, a nie widziałam go od pięciu lat - mówiła szybko, wyrzucając z siebie kolejne zarzuty, które mogła postawić samej sobie. Cholerna duma była ważniejsza, bo przecież on na pewno nie mógł być po jej stronie. Nawet tego nie próbowała sprawdzać, on zawsze był po stronie jej matki. Tłumaczyła sobie, że gdyby chciał to odezwałby się. Ale byli do siebie tacy podobni i on mógł myśleć dokładnie tak samo. I żadne z nich się nie ugięło, a teraz było już po prostu za późno. - I już go nie zobaczę - powiedziała znacznie ciszej. Tym razem nie płacząc tylko zawieszając się nad tymi słowami. Zupełnie ją zblokowały, przestała robić cokolwiek. Dosłownie, nawet jej klatka piersiowa się nie poruszała, mimo iż przed chwilą musiała łapczywie wciągać powietrze. Zamarzła po tych słowach w miejscu i drgnęła dopiero, gdy jej ciało już samo zaczęło domagać się o kolejną porcję tlenu, co skutkowało wzięciem głębokiego wdechu. - Jego już nie ma. A ja byłam tu tylko po to, by w końcu mu się wytłumaczyć. I go przeprosić. I żeby zrozumiał. I był przy mnie. A jego po prostu już nie ma - powiedziała, zsuwając powoli dłonie po jego ciele. W końcu zabrała je całkowicie, odsuwając jednocześnie swoją twarz i swój tułów. Nie uciekała z jego objęcia, ale stawiała pierwszy krok w tył, który zapowiadał ucieczkę i zamknięcie się. Nie pozwoliła mu zatrzymać się na dłużej nad jej słowami, bo jeszcze mógłby doszukać się z nich czegoś, co nie chciała żeby znalazł. - Zrobisz mi herbaty? Jest mi zimno i boli mnie żołądek - zapytała z niezrozumiałym spokojem, a raczej otumanieniem. Przemarzła na dworze, a brzuch musiał ją boleć ze stresu, to miało sens. Tylko jej niby prosta prośba w tej chwili wydawała się zupełnie odrealniona. Jednak nią zmuszała go, żeby się odsunął. Co pozwoliłoby zrobić jej kolejny krok w tył…

@Victor Snowdon I'm going out of frequency. Can anyone respond? :sad:

niemów mi

3poziom

63punkty


Victor Snowdon

web developer i grafik

Awatar użytkownika

25 y/o

188 cm

the sun dont shine but it never did

and when it rains it fucking pours

but I think I like it

South End

brak odznak

Post »

Kolejne fale płaczu utwierdzały go tylko w tym, by trzymał ją mocniej, by jej nie puszczał. I nie robił tego, tak długo jak nie dawała mu sygnału, że jednak nie życzy sobie jego łap na swoim ciele. Nawet w ten zupełnie niewinny sposób, bo przecież w tym momencie nie mógłby mieć jakichkolwiek innych intencji niż te najczystsze. Obejmował ją, oddychał nią, cierpiał razem z nią. Jej słowa autentycznie sprawiały mu ból, ale nie dlatego, że w tak przykry sposób doznawał oświecenia, jakim to Callie jest okropnym człowiekiem. Bo to, o czym mówiła, to były dla niego po prostu błędy, które popełniła, nie zdając sobie sprawy, że może nigdy nie będzie miała okazji ich naprawić. Nikt nie myśli o tym, że czyjeś życie może się nagle zakończyć. Nikt nie oczekuje niespodziewanego. Każdy wpada w pułapkę myślenia, że nasze jutro jest po prostu z jakiegoś powodu gwarantowane. Przecież gdyby ludzie żyli tak, jakby zawsze spodziewali się, że dany dzień może być ich ostatnią okazją do pogodzenia się z bliskimi, wyjaśnienia trudnych ale ważnych spraw, zadośćuczynienia… Wtedy świat byłby o wiele lepszym miejscem. O dziwo chyba dość dobrze rozumiał, jak się właśnie czuła, tak mu się w każdym razie zdawało. Nawet, jeśli jego osobiste doświadczenie nie zawierało złych stosunków z rodzicami… I tak dotknęło go niewyobrażalne poczucie straty, zauważył wszystkie złe zachowania i niedociągnięcia ze swojej strony względem nich. I wiedział wtedy, że już nie będzie miał okazji się poprawić, że to, jak zostawił niektóre zdarzenia i tematy - że to był ich ostateczny obraz w relacji, która bezpowrotnie się zakończyła. Brak drugiej szansy, od razu game over. Bezlitosna rzeczywistość. Ale szybko odsunął od siebie te wspomnienia. Nie one się teraz liczyły, nie jego smutki powinny być w centrum zainteresowania. Bo on jakoś się z nimi chyba uporał. A rana na sercu Callie była całkiem świeża i należało skupić się na zatamowaniu jej krwawienia.
Zanim zdążył zareagować, a najpierw musiał się zastanowić, czy oczekiwała jakiejś odpowiedzi z jego strony czy może po prostu chciała z siebie zrzucić ciężar swoich przewinień i dalej wyzbywać się trudnych emocji płacząc – ucięła temat i jakby całkowicie zmieniła swoje nastawienie. Nie był pewien, czy może przysnął na moment, ona przepłakała jeszcze trochę i obudził się już trochę po wszystkim, czy o co chodziło z tym zupełnie innym, opanowanym nagle tonem. Nieco się wyprostował, choć nadal jej nie puszczał, i tylko cofnął głowę by móc spojrzeć w jej twarz z podejrzliwie ściągniętymi brwiami. Wiedział, że czasami potrafiła w okamgnieniu zmieniać nastawienie, ale w tym momencie wydawało mu się to całkowicie nienaturalne. Jak zwykle przy niej poczuł się najnormalniej w świecie głupi.
- Jesteś cała przemarznięta… – Powiedział nieobecnym, zamyślonym głosem, jakby dopiero teraz rzeczywiście zauważając chłód jej skóry bijący spod koszuli, przez którą ją obejmował. Dopiero co się obudził i chociaż sytuacja wzmogła w nim szybsze oprzytomnienie, mimo wszystko jeszcze nie w pełni ogarniał i nie myślał jak trzeba. Już pomijając ten fakt, że przy niej zazwyczaj myślał nie do końca tak, jak trzeba. W swojej konsternacji przeniósł obie dłonie na jej ramiona i przejechał po ich boku w dół, do łokci, a potem z powrotem do góry. I zaraz ją puścił, chociaż czuł, że może lepiej byłoby tego nie robić… Albo raczej że wcale nie chciał jej puszczać, choć prawdopodobnie wypadało skoro jej postawa zrobiła się chwilę temu wycofana. Odchrząknął zerkając do boku i sięgnął po jedyną wiszącą tu na dole na wieszaku bluzę, a jako, że była rozpinana na zamek, mógł ją jej od razu zarzucić na barki. - Cieszę się, że do mnie przyszłaś. Znaczy… Kurwa. Nie cieszę się z tego, co się stało. Po prostu… Dobrze, że tu trafiłaś. Że mogę być z tobą... – Był wyraźnie skołowany, ale nie brzmiało, jakby próbował wciskać jej kit. Zwyczajnie nie umiał ułożyć swoich myśli jak trzeba, by uformowały się w ciąg bardziej sensownych słów. A chodziło mu tylko o to, że w całej tej sytuacji poczuł się dla niej na tyle ważny, że chciała wsparcia właśnie od niego. I głupio mu było, że w ogóle o tym pomyślał, bo przecież w tym wszystkim on był najmniej istotny. A gdyby tylko wiedział, że przy tym wszystkim, co przeżywa, jeszcze zdążyła zwątpić w zasadność swojej wizyty u niego, chyba by się wściekł, że się tym przejmuje. – Herbata. Jasne, już się robi. – Wydukał trochę bardziej do siebie i opuścił spojrzenie na swoje bose stopy, a już w następnym momencie powoli się odwracał w stronę wnętrza domu. Z ręką przez chwilę ostrożnie opartą między jej łopatkami popchnął ją lekko do środka i sam też ruszył, kierując się do otwartej kuchni, po drodze zapalając jedno ze świateł. I już poczuł, że to puszczenie jej było złym posunięciem. Nie potrafił się odezwać, wydawało mu się, że nie może jej znowu dotknąć - czyli po raz kolejny się rozjeżdżali, oddalali, niby obok siebie ale każdy osobno. Przygryzając dolną wargę wstawił wodę i wyciągnął z szafki jakiś większy kubek. Kurwa, Snowdon, co ty wyczyniasz? Westchnął słabo i oparł się twarzą o wnętrze dłoni, próbując jakoś się ogarnąć. Właśnie takim był zajebistym wparciem. Gówno umiał tak naprawdę zrobić. Zaraz opuścił rękę i odwrócił się znowu w stronę blondynki.
- Chciałbym być w stanie ci jakoś pomóc, Callie. Naprawdę bardzo bym chciał. Tylko nie wiem, co miałbym zrobić. – Zrobiło mu się jeszcze gorzej, gdy to powiedział. Bo to jakby odrzucił już resztki pozorów, że można na nim polegać. Przyznał się, że wcale nie jest silny, że nie ma pojęcia, co robić, ewidentnie nie wie też, co mówić. I przy tym był nadal taki głupi, że pozwalał jej stać całkiem samej, podczas gdy powinien był jej nigdy nie wypuszczać. Jak zwykle. Ale jak zwykle mu się zdawało, że ostatecznie nie należało się do niej zbliżać. Gdyby było inaczej, nie odsuwałaby się od niego już tam w korytarzu. Bo chociaż w pierwszym odruchu przylgnęła do niego, kiedy ją objął, może tak naprawdę wcale nie chciała tego robić, ale poszła za jakimś swoim odruchem. Może przyszła do niego tylko po to, żeby on zwyczajnie był obok, a nie po raz kolejny próbował ją dla siebie zagarnąć, tak żałośnie wykorzystując jej tragedię i słabość.

@Callie Carter I'd like to help you, but I think it's too late, made up your mind and now you're blind :sad:

luczkowa#6559mów mi

4poziom

75punkty


Callie Carter

kelnerka, sekretarka

Awatar użytkownika

22 y/o

170 cm

I'm scared to get close.

I hate being alone.

can you feel my heart?

Downtown

brak odznak

Post »

Przyjęła bluzę, niemalże odruchowo wciskając ręce w rękawy i naciągając kaptur na głowę. Wcale nie było aż tak zimno, ale chyba na swój sposób próbowała się ukryć, mimo iż cały czas pozostawała przy nim. Nie skomentowała w żaden sposób jego wypowiedzi, ale raczej dobrze ją zrozumiała. Może powinna go utwierdzić w tym, że nie powiedział nic głupiego, ale w tej chwili chyba nie myślała o takich sprawach.
- Nic nie możesz zrobić. Tak, jak ja nic już nie mogę zrobić. Na tym polega tragizm tej całej sytuacji. Nie ma z niej dobrego wyjścia. - odpowiedziała, docelowo pocieszająco, jednak chyba tak nie zabrzmiało. Nie wiedziała nawet kiedy znalazła się w tej umownej przestrzeni nazywanej kuchnią, bo przecież te wszystkie pomieszczenia stanowiły jedną, względną całość. Powinna pewnie bardziej docenić jego starania się i wszystkie słowa, ale jej myśli podążyły w zupełnie innym kierunku. Wyjście. Skoro on nie znał żadnego dobrego rozwiązania, a jej wpadło do głowy tylko takie. - Woda. - powiedziała, widząc jak się gotuje. - Pójdę do łazienki – powiedziała, odwracając się zaraz i opuszczając pomieszczenie. Nie ważne, że przecież nie wiedziała gdzie na parterze znajduje się toaleta i czy w ogóle jakaś jest. Przecież wcale nie chciała do niej iść.
Krok w tył. Zrobił tylko to, o co go poprosiła i czego mogła teraz potrzebować. Chciał dla niej dobrze i był dla niej, jak zawsze. Callie próbowała się nim ukoić, tylko chyba myślała że to zadziała od razu. Wpadnie w jego ramiona, on ją przytuli, ona poczuje jego ciepło i zapach, a potem już po prostu będzie dobrze. Jednak nie było. To wcale tak nie zadziałało. Było przez chwilę lepiej, jednak nie na tyle by przestała staczać się dalej. Krok w tył, następny. Tym razem zupełnie rzeczywisty. Zaraz stała przy drzwiach. Szybko wysunęła dłoń, nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi. Zamarzła ponownie. Wcale nie z powodu, wpadającego do środka zimna. Przez dłuższy moment rozważała rzeczywistą ucieczkę. Może jej założenie z początku było błędne? Może wystarczyło przechylić tę butelkę i wtedy wszystko byłoby prostsze. Wtedy miała jeszcze wybór, a teraz… Zamknęła drzwi, trochę za głośno by mógł nie usłyszeć. Teraz było już za późno, bo przyszła tutaj, zaniepokoiła go i gdyby tak nagle znikła to miałaby jeszcze jego niespokojną duszę na swoim sumieniu. Nie mogła więc tak po prostu wyjść. Wycofała się do tyłu i zaraz weszła do wnętrza salonu. Stanęła na środku, rozglądając się dookoła. Pamiętała to pomieszczenie, ale próbując się na czymś skupić zrobiła to jeszcze raz. Stała tyłem do kuchni, lecz gdy tylko usłyszała jego kroki, zaczęła opowiadać.
- Miałam ciężki koniec podstawówki… - mówiła spokojnym tonem, powoli przemieszczając się w głąb pomieszczenia. Jej historia wzięła się zupełnie znikąd, jednak w jej głowie to wszystko miało o wiele większy sens… Callie niby dobrze się uczyła w tamtym czasie, ale dzieciaki zaczęły się już zmieniać i robić nieznośne. I jakoś nigdy nie dogadywała się dobrze z dziewczynami, nie funkcjonowała w kółkach wzajemnej adoracji. Chłopaki też już nie chciały się z nią zadawać, bo dziewczyny w jej wieku zaczynały już wyglądać dojrzalej, a blondynka cały czas byłam mała, chuda i wątła, więc zaczęli się z jej nabijać. Na czternaste urodziny nie przyszedł nikt, bo zorganizowali jakiś bunt wobec niej. Była to dla niej wtedy najgorsza tragedia na świecie, która mogła ją spotkać. Niczego złego nikomu nie zrobiła, a i tak jej się oberwało. Kolejnego dnia w szkole wszyscy wytykali ją palcami i nawet nie kryli się z obgadywaniem. Poczuła się jeszcze gorzej. Po powrocie jedyne oparcie znalazła wtedy tylko w tacie, bo wszyscy inni potrafili tylko stawiać jej coraz większe wymagania i wmawiać, że może być lepiej, może być lepsza, widocznie za mało się stara, nigdy nie była wystarczająca. Tylko dla niego była. I przy nim czuła, że nie musi się bardziej starać, mogła być po prostu sobą. Popełniać błędy i się na nich uczyć. Okazywać słabość i się jej nie wstydzić. Dzielić się każdym najmniejszym zwycięstwem, wiedząc że on podzieli jej entuzjazm. I wtedy, gdy pocieszał po tej całej sprawie ze szkołą i urodzinami, powiedział jedną, prostą, mądrą rzecz, która mocno zapadła jej w pamięć. - Nic nie warty jest wianuszek osób, które są przy tobie tylko wtedy gdy spełniasz ich oczekiwania. Ważniejsza jest nawet ta jedna osoba, dla której wcale nie musisz tego robić. Bo ona akceptuje ciebie całą, ze wszystkimi twoimi zaletami i przywarami. Tak jak ja. - Skończyła swoją opowieść, cytując swojego tatę. Przekazując mu w ten sposób, że właśnie straciła kogoś więcej niż ojca. Niż osobę, która ją wychowywała, troszczyła się o nią, opiekowała się nią. Straciła tą jedyną osobę, która bezwzględnie akceptowała ją całą. I którą ona skutecznie przez ostatnie lata odtrącała. Lecz mimo, iż nie miała go przy sobie to jednak pozostawało w jej świadomości to, że gdy osiągnie swoje dno to będzie mogła do niego z tym przyjść. Przynajmniej taką miała cały czas nadzieję i dlatego została w tym mieście.
Zatrzymała się przy stole i zaczęła przeglądać znajdujące się na nim szkicowniki. Przez dłuższą chwilę w ogóle się nie odzywała w żaden sposób nie komentując swojej historii, ewentualnie dając mu czas na jakąkolwiek odpowiedź, którą i tak pewnie zignorowała. - Życie jest bardzo niesprawiedliwe. - W końcu wyrzuciła z siebie ten jakże banalny tekst. Przejrzała cały jeden szkicownik, zamknęła go i jednym palcem strąciła na podłogę. - Ups - mruknęła z udawanym przejęciem i zaczęła przeglądać następny. - Myślisz, że to jest tak, że jedna osoba musi mieć przejebane, by druga mogła bawić się w artystę, zarabiać porządny hajs nie wychodząc nawet z pokoju i mieć wszystko, na co inni muszą harować całe życie? - zapytała, zaraz trącając kolejny szkicownik, który też wylądował na podłodze. Rozejrzała się ponownie po pomieszczeniu, mając dokładnie na myśli cały jego dom. Nie znała przecież całej historii….

@Victor Snowdon diagnose me cause I can’t keep wondering why :sad:

niemów mi

3poziom

63punkty


Victor Snowdon

web developer i grafik

Awatar użytkownika

25 y/o

188 cm

the sun dont shine but it never did

and when it rains it fucking pours

but I think I like it

South End

brak odznak

Post »

Może byłby w stanie jej pomóc – jedynym sposobem, w którym widział sens, ale nie tylko dlatego, że tych kilka razy kiedy instynktownie się tak zachował, skutek był jak należy. Bo jemu nie chodziło o machinalne powielanie schematu, który do tej pory się po prostu sprawdzał, odbębnienie swojego by mieć spokój. Autentycznie czuł potrzebę, aby stać się takim bezpiecznym miejscem do przeżycia smutku. Czy teraz bądź wcześniej dla Callie, czy dłuższy czas temu niespodziewanie dla Lucy, która ku jego zaskoczeniu chyba wyzwoliła w nim ten dziwny instynkt. W końcu w niektórych przypadkach rzeczywiście dało się coś zrobić, jednak ostatecznie przychodził ten najtrudniejszy moment, w którym nie pozostało już nic, co można by było odhaczyć wykonaniem jakiejś czynności. Wtedy był czas po prostu na zmierzenie się z emocjami i jakąś zmienioną po przykrym wydarzeniu rzeczywistością. I w tym właśnie pragnął być dla blondynki, dając jej schronienie i oparcie, tak żeby ona nie musiała się niczym martwić, nie czuła się w obowiązku być silna, tylko pozwoliła sobie na przeżycie smutku, nawet jeśli wiązało się to z obnażeniem się z własną słabością. Ale Carter jakby znów postawiła między nimi nieprzekraczalną granicę, przez którą nie tylko nie mógł się zbliżyć, ale też nie miał możliwości ofiarować tego swojego najbardziej szczerego aktu wsparcia. Poczucie bezsilności zaczęło go obezwładniać. Miała rację i to było dla niego jasne. Żadne czyny i słowa nie mogły cofnąć tego, co już się wydarzyło. Dlatego właśnie cierpiał, nie mogąc dać jej ukojenia, nie będąc w stanie odciągnąć jej na bok i powiedzieć, żeby odpuściła, a on się tym zajmie. Nieważne, czego by nie zrobił, nie było możliwości, żeby przeżył te wszystkie trudne emocje za nią. Mógł próbować być obok i wyprowadzać ją z poczucia winy, które ewidentnie męczyło ją pewnie prawie równie mocno jak sama strata, ale koniec końców to ona musiała odnaleźć w sobie spokój. I najgorsze, że to musiało potrwać. Pokiwał ledwie zauważalnie głową, a kiedy powiedziała, że idzie do łazienki, posłał jej tylko krótkie spojrzenie i odwrócił się do niej plecami. Sięgnął do szafki gdzie trzymał kilka opakowań z herbatą i wybrał taką najlepiej nadającą się na ból brzucha, na który mu się poskarżyła jeszcze w korytarzu. Za moment bulgocząca w czajniku woda ucichła a on, oparty w tej chwili dłońmi o blat, usłyszał charakterystyczny dźwięk zamykanych drzwi wejściowych. Przekręcił się zdezorientowany przez ramię w stronę korytarza, już zaraz mogąc obserwować, jak dziewczyna przenosi się z niego do centrum tej przestrzeni na parterze określanej jako salon. Nie zalał wrzuconej do kubka torebki, już o tym nie pamiętał. Próbował ogarnąć z całych sił, co się z nią dzieje, czemu dopiero co znajdowała się przy wyjściu z domu i dlaczego jest tak podejrzanie spokojna, chociaż może zaledwie dwie minuty temu zanosiła się rozpaczliwym szlochem. Podszedł bliżej przenosząc się z kuchni do części dziennej, złapał palcami za oparcie od kanapy przy którym się zatrzymał i w milczeniu wsłuchał się w jej opowieść. Było mu jej żal, wcześniej tylko przez to, z czym do niego przyszła, ale teraz też przez to wszystko, co musiała przechodzić jako ta mała dziewczynka, widziana przez Snowdona teraz oczami wyobraźni. Dzieci bywają okrutne z niezrozumiałych czasem powodów i miał okazję się o tym przekonać, kiedy sam jeszcze uczył się w szkole i został uznany za „tego dziwnego”. Gdy dotarła do końcowego cytatu, już był cały spięty i przejęty. Widział bardzo dobrze sens tej historii. Jej ojciec, jej bohater, jej opoka i ratunek na każde zło. Jedyny, który widział ją, jaka była, i nie próbował jej narzucić, by się zmieniała, tylko wspierał ją właśnie taką. Czy mógł jej powiedzieć, że on też przecież akceptuje ją całą? Ze wszystkim, co w niej złe i dobre? Chciał to zrobić, ale wyczuwał, że ona tylko odrzuci to wyznanie, w końcu on sam nie był go całkowicie pewny, nawet jeśli chciałby, aby te słowa okazały się prawdą. Jednak blondynka zarzuciłaby mu zaraz krótkowzroczność i to, że wcale nie znał jej w pełni, co już mu raczyła uzmysłowić podczas ich rozmowy po zajściu z Michaelem. Odpowiedział jej więc najpierw ciszą. Nie miał zamiaru licytować się, że on w tym względzie będzie w stanie dorównać jej tacie. Już wcześniej powiedział, że nikt go jej nie zastąpi. – Więc na pewno nie miał ci za złe, że poszłaś swoją drogą. – Odezwał się w końcu ostrożnie, przyglądając się jej z napięciem jak przerzuca kartki szkicownika. A ona, najwyraźniej będąc w świecie własnych myśli, nawet nie zareagowała, tylko zaczęła znów co innego. I mógł to zrozumieć, przecież potrzebowała zapewne powyrzucać z siebie różne rzeczy zamiast prowadzić z nim dyskusje. On i tak nic nie wiedział o ich relacji, choć o stosunkach w jej domu dowiedział się co nieco przy okazji jej wyznania w restauracji. Spodziewał się, że będzie chciała zarzucić losowi niesprawiedliwość, że musiał zabrać na drugą stronę tak dobrego człowieka. Zamiast tego jednak otrzymał z jej strony jakby namiastkę przedstawienia ze zrzucaniem szkicowników, którego celowości kompletnie nie zrozumiał dopóki nie zadała mu pytania. Nie powiedziała nic wprost, ale było jasne, o co jej chodziło.
- Naprawdę, Callie? Teraz ty jesteś niesprawiedliwa. – Rzucił rozczarowanym tonem, z miną dzielącą się między zacięcie a jakieś początki rozgoryczenia. Wiedział, że musi jej być cholernie ciężko – inaczej nie zaniosłaby się tak silnym i gwałtownym płaczem na samym wejściu - i że teraz pewnie walczy z tym na swój sposób, nie chcąc się całkowicie oddać rozpaczy, skoro nie pozwoliła sobie na pozostanie słabą w jego ramionach. Jednak kierunek, w którym zaczęła zmierzać, bardzo mu się nie spodobał. Zrozumiał, że odnosiła się do niego i tego, jak mu rzekomo wszystko prosto przychodziło. Może miał łatwiejszy start, w końcu bez nie wiadomo jakich wyrzeczeń mógł iść na studia, które po zawirowaniach skończył, tym samym zdobywając na dobrą sprawę wymarzony zawód, i w nim obecnie się też realizował. Jego życie mogło na pierwszy rzut oka wyglądać jak bajka, ale przecież też ciężko pracował, żeby mieć to, co miał. Tylko spadek przyszedł mu bez wysiłku… Za to obciążył go w inny sposób. – Myślisz, że roztrząsanie tego, jak komu ułożyło się życie, będzie w stanie ci coś wynagrodzić? Jasne, każdy ma inne szanse na starcie, ale nikt ich sobie nie wybiera, tylko robi z nimi, co może. I nigdy nie wiesz, ile pracy i cierpienia kryje się za tym, co kto osiągnął. Dlatego porównywanie jest bez sensu i serio nie wiem, po co ci to. Bo to też nic nie zmieni. – Powinien zignorować to, że poczuł się personalnie zaatakowany. W końcu jej stan psychiczny nie mógł być teraz najlepszy. Ale nieświadomie naruszyła jakiś jego punkt zapalny, i choć teoretycznie nie powiedział jeszcze nic krzywdzącego, mimowolnie wpadł w poirytowany ton i dał po sobie poznać, że dotknęły go jej słowa. I tak oto, zamiast skupiać się na próbie załagodzenia jej stanu, przejść nad tym, co przykrego siedziało w nim samym aby móc pomóc jej, Victor właśnie poczuł, jak w nim samym budzą się powoli te wszystkie nieprzyjemne emocje. Tak usilnie oddalane, teraz miały zacząć go męczyć w najmniej odpowiednim momencie. Odepchnął się od kanapy i wyprostował, mierząc jej sylwetkę zranionym wzrokiem. – Czego oczekujesz? Że rzucę to, co mam, bo inni mają gorzej niż ja? – Zapytał trochę zbyt wyzywająco i nie kontrolując tego, uniósł wyżej podbródek, przybierając tym samym raczej nieprzyjazną postawę. W obronie samego siebie patrzył na nią teraz z góry, podczas gdy powinien przecież chyba głaskać ją po głowie i powtarzać, że wszystko się jakoś ułoży. Ale najwyraźniej uznał, że nie może być wiecznie bezkarna i nieważne, co jej się przytrafiło, nie powinna wjeżdżać na niego, bo on zawsze próbował być po jej stronie. Tylko że nie był jej ojcem, by zawsze mu to wychodziło.

@Callie Carter how can I move you when you're stuck in your ways?

luczkowa#6559mów mi

4poziom

75punkty


Callie Carter

kelnerka, sekretarka

Awatar użytkownika

22 y/o

170 cm

I'm scared to get close.

I hate being alone.

can you feel my heart?

Downtown

brak odznak

Post »

Więc na pewno nie miał ci za złe, że poszłaś swoją drogą. Powtórzyła we własnych myślach. On nigdy nie bywał zły, nigdy się nie denerwował. Matka w sumie też nie. Tylko z tą różnicą, że on znosił wszystko ze stoickim spokojem i próbował sensownie rozwiązać każdy problem, a jej rodzicielka po prostu zamykała jakiś temat bądź udawała, że go nie było. Trudno było więc powiedzieć po kim Callie odziedziczyła swoją nerwowość i impulsywność. Chyba zwyczajnie nie miała w sobie tyle cierpliwości, by załatwiać sprawy jak tata i brakowało jej aż takiej oschłości i oziębłości, by wszystko mogło po niej spłynąć jak po matce. Chociaż akurat tą drugą cechę latami zaczynała sobie wypracowywać, przesuwając swoje granice coraz dalej, ignorując sytuacje i problemy, którymi kiedyś by się przejęła. Powinna nienawidzić siebie za to, że pragnęła uciec od niej, a teraz się nią stawała. Zamiast brać przykład z tego jedynego człowieka, który był dla niej autorytetem. Coraz mniej była jego małą wersją, jak kiedyś w dzieciństwie. A stawała się kimś, kogo gdyby spotkał to pewnie sam by już nie rozpoznał. I raczej nadal nie byłby zły, nie miałby do niej żadnych pretensji, nie oczekiwałby od niej niczego. Tylko było już za późno, by się o tym przekonać. To nie było coś, co można było w żaden sposób naprawić. Udawać, że się nie wydarzyło i pójść dalej. Po prostu już nie było tego dalej.
- To ustaliłam na samym początku - odpowiedziała krótko. Skoro życie samo w sobie było nie sprawiedliwe, to dlaczego ona miała kierować się innymi kryteriami? Chociażby w tej swojej ocenie sytuacji. Jakże pochopnej i powierzchownej, bo czy znała wszystkie fakty? Oczywiście, że nie. Przecież Victor prawie nigdy niczym się z nią nie dzielił. Nie licząc tych paru wyznań, do których został zmuszony podczas ich gry w restauracji. Tak naprawdę wiedziała o nim niewiele i tylko ogólnie wiadome informacje. Jak to jaką wykonywał pracę czy że skończył studia. Nie wiedziała, czy to było łatwe czy nie. Czy sprawiało mu problemy czy radził sobie ze wszystkim z łatwością. Czy studia to był tylko szalony okres jak na filmach przez który przebrnął bez większych problemów, zbierając się w sobie na samym końcu by uzyskać papierek czy może musiał naprawdę ciężko harować przez te wszystkie lata. Czy to skąd w ogóle miał ten dom… obstawiała wersję z dziadkami, którzy podarowali go swojemu jedynemu wnukowi, bo podobną historię dobrze znała. Nigdy nie pytała o to wszystko, bo o ile nie miała problemów by wygadywać głupoty czy czasem nieoczekiwanie dzielić się swoimi sprawami to nie dawała swoje prawa do wchodzenia w czyjeś życie i przeszłość. A on jej tam nie zapraszał, pomimo już ich nie tak krótkiej znajomości. Nie mówił, więc nie wnikała. Dlatego teraz mogła tylko posługiwać się swoimi wyobrażeniami, które były przerysowane albo wręcz cukierkowe. Bo tak wyobrażała sobie jego życie, zupełnie bezproblematycznie...
- Cierpienia? - powtórzyła niemal kpiąco, zatrzymując się w miejscu. Przez chwilę po prostu tak stała, tyłem odwrócona do niego, lecz zaraz jej dłoń powędrowała po stole, odnajdując jeden z ołówków. Zacisnęła na nim swoją pięść i mocno przycisnęła do drewnianego blatu tym ostrym końcem, który zaraz się ułamał, pozostawiając po sobie nierówne ale nadal szorstkie zakończenie. - Opowiedz mi coś o swoim cierpieniu, Snowdon… Szczególnie tym związanym z dobrym życiem, kochającą rodziną, beztroskim i szalonym etapem, powrotem i stabilizacją, rozwijaniem się, osiąganiem swoich celów, ostatecznie wykonywaniem pracy którą się uwielbia, i kończąc w domu niczym z reklamy w pieprzonym, pięknym Burlington… jeszcze tylko jakaś przykładna pani domu, która urodzi małego Snowdonika i obraz będzie pełny. Kurwa, przepełniony cierpieniem. - Cały czas mówiła spokojnie, dopiero przy ostatnim zdaniu uniosła trochę głos. Nie widziała tego, nie była w stanie sobie tego wyobrazić. Wiadomo, że nie zawsze było kolorowo, w końcu to było życie, a nie bajka. Ale nie rozumiała, jak on i ten obraz jego życia który znała może w ogóle wypowiadać się o najmniejszym cierpieniu.
- Niczego nie oczekuje, nie stawiam oczekiwań, tyle zdążyłam nauczyć się od taty... - odpowiedziała niemalże odruchowo. Przecież każde z nich wiedziało, że te słowa jej ojciec wypowiadał w zupełnie innym kontekście, ale Callie musiała je nieco spłycić, by pasowały do niej. Bo jego dobra, ciepła, rodzicielska postawa w ogóle nie miała odzwierciedlenia w Carter. Jednak nie pozwoliła się zdekoncentrować. Na chwilę straciła wątek, ale przecież w ogóle nie chciała skupiać się na sobie, nie tym razem. Zawsze gadali o niej, więc teraz nadeszła pora na zmianę tematu. - Czy ty w ogóle masz jeszcze jakiś cel w życiu? Pytam poważnie. Czy musisz jeszcze po coś się starać? Czy po prostu budzisz się każdego dnia z tą myślą, jakie twoje życie jest zajebiste i że nic już w sumie nie musisz, więc jak będziesz miał ochotę to popracujesz a jak nie to przebimbasz cały dzień, a wieczorem pójdziesz do baru i poudajesz wybawcę… - mówiła ruszając dalej, przejeżdżając ołówkiem po stole, zostawiając na nim widoczny ślad. Przeszła go po długości i udała się dalej, jednak nie porzucając ołówka, który trzymała cały czas w dłoni. Wysunęła go tylko trochę ze swojej dłoni, zaraz ponownie go mocno wbijając jednak tym razem w jej wnętrze. - Bo tym jesteś przez większość czasu. Ratunkiem. Myślisz, że możesz pomóc. Że wystarczy być dobrym, a wszystko jakoś się ułoży. Bo każdy problem można rozwiązać czy naprawić. Próbujesz dawać nadzieję, nawinie wierząc we własne słowa. Tak naprawdę szukając w ten sposób dla siebie jakiegoś celu… Mam racje? - Zatrzymała się przy komodzie, na której znajdował się jakiś wazon i przeniosła na niego swoje zupełnie nieczułe i obojętne spojrzenie. Dopiero teraz zauważyła zmianę jego postawy, a przypominając sobie jego ostatnie słowa stwierdziła, że wyczuwalne było w nich poirytowanie. A sama Callie zachowywała się, jakby to co mówiła, przychodziło jej z pełną łatwością. Oceniała coś, kogoś, nie wykazując żadnego emocjonalnego przywiązania. Rzetelnie wykładając swój punkt widzenia, nic więcej. - Oto tak naprawdę chodzi. To by tłumaczyło twoją okresową bierność. Nie wysilasz się, jak nie widzisz w tym sensu. Ale jak możesz poczuć się potrzebny, zobaczyć że masz jeszcze coś do zrobienia to nagle zaczynasz się bardzo angażować. I wtedy niczym kameleon odnajdujesz się w każdej możliwej sytuacji, rozwiązując kolejne kryzysy i utwierdzając się w przekonaniu, że masz tutaj jeszcze coś do zrobienia. - Płynnie przeszła z prostego przywalania się do tego, jakie cudowne jest jego życie do głębokiej analizy jego osoby. Nigdy tak bardzo się nad tym nie zastanawiała, uważając że Snowdon po prostu taki jest. Dobrzy ludzie musieli przecież istnieć. Jednak tym razem zobaczyła to wszystko z innej strony, chyba bardziej samolubnej. Czyżby brunet nie bywał taki bezinteresowny jak może i jemu samemu się wydawało? Czy faktycznie może… - Czy po prostu jesteś taki łatwowierny? - zapytała, patrząc się na niego swoim beznamiętnym spojrzeniem, a po chwili uśmiechnęła się lekko. Tak, uśmiechnęła się. Jakby sama odpowiedziała sobie na zadane przez siebie pytanie, a ta odpowiedź ją rozbawiała.

@Victor Snowdon standing now in the mirror that I built myself and I can't remember why the decision wasn't mine but it seems I'm only clinging to an idea now :sad:

niemów mi

3poziom

63punkty


Victor Snowdon

web developer i grafik

Awatar użytkownika

25 y/o

188 cm

the sun dont shine but it never did

and when it rains it fucking pours

but I think I like it

South End

brak odznak

Post »

Już chwilę po tym, co powiedział, zrobiło mu się zwyczajnie źle. Przecież wcale nie chciał występować przeciwko niej. Jasne, uznał na szybko, że należy jej pokazać, odpowiedzieć z wyższością i dać do zrozumienia, żeby się go zwyczajnie nie czepiała, bo przecież nie ma o co. Nikomu nie szkodził swoim postępowaniem więc nie powinna mu nic zarzucać, bo to, że nie każdy może osiągnąć to samo co miał Snowdon identycznym nakładem pracy co on, było raczej czymś oczywistym. Tak po prostu było w tym świecie i jedna, szara osoba nie miała szans tego zmienić nawet jakby chciała. Tylko że blondynka była w silnych emocjach, i chociaż najwyraźniej te pierwsze, wyrażające się przejmującym płaczem, utemperowała i schowała teraz przed nim, nie znaczyło to, że już ich nie odczuwa i nie jest pod ich wpływem. Musiała być i kto jak nie on powinien o tym dobrze wiedzieć. Może różnili się na wielu płaszczyznach, ale nie sądził, że byłaby w stanie tak po prostu wyłączyć swoje uczucia wobec tak dotkliwej tragedii. Pożałował, że tak zareagował i naprawdę zapragnął się zrehabilitować. Jednak chcieć nie zawsze znaczy móc. Bo niby zrobiło mu się przykro przez własne postępowanie, lecz przy okazji został przez Carter uruchomiony ten Victor dotknięty krzywdą i utopiony w silnym poczuciu niesprawiedliwości losu wobec samego siebie. Mimo że sam dopiero co zafundował jej wywód na temat tego, że różnie w życiu bywa i nie ma co mieć pretensji do nie wiadomo kogo, bo to i tak nie zmieni. Szkoda, że nie przemówił w ten sposób do własnego drugiego ja.
- Widzę, że wszystko wiesz najlepiej. Jak zwykle zresztą. – Mruknął raczej zrezygnowany po jej pierwszej dłuższej wypowiedzi, naprawdę starając się wycofać z postawy, którą przyjął najpierw w swojej obronie. Ogarniała ją frustracja, tak zgadywał, więc nie powinien poczytywać sobie jej słów na poważnie… Mógł tak sobie powtarzać w kółko, a jednak wszystko, co powiedziała, mocno w niego ugodziło. Bo właściwie miała rację, ale tylko co do obecnej powierzchowności. Tak jak zwrócił uwagę wcześniej, nie wiedziała, co stało za tym wszystkim. Widziała tylko czubek góry lodowej, efekt, który uzyskał, ale cała droga pozostawała dla niej niewiadomą, którą postanowiła zignorować, uznając, że on po prostu pojawił się na tym jakimś swoim własnym szczycie i sobie w ten sposób wygodnie żył. Na dzień dobry spłyciła go maksymalnie, odbierając mu tak naprawdę jakąkolwiek wartość. Dewaluując wszystko, co przeżył, a co doprowadziło go do miejsca, w którym znajdował się obecnie. Jej zarzut, choć wydawało się, że został przez niego zignorowany, rezonował w nim coraz silniej, podczas gdy on jeszcze w milczeniu obserwował jej poczynania, nawet nie zauważając, jak jego ciało spina się stopniowo coraz mocniej. Słuchał dalej, już nic nie wtrącając, i choć wcale nie chciał, czepiał się wewnętrznie każdego z jej słów, szybko okazujących się brzytwami zostawiającymi w nim kolejne rany, a jego wydawać by się mogło martwe w wyrazie oczy wodziły za trzymanym przez nią ołówkiem.
Myśli wzbierały w nim w zastraszającym tempie, dochodząc do takiego poziomu, że w końcu musiały się wylać potokiem słów. Gdy padło z jej strony pytanie, a blondynka uśmiechnęła się do niego jakby właśnie świetnie się bawiła tym wszystkim, już coś w nim pękło. Chyba były to jego zwyczajowe dobre chęci. Powinien wiedzieć, że jeśli tylko zacznie jej odpowiadać, przy okazji będzie się też coraz bardziej nakręcać. Tylko że musiałby dać sobie czas, aby najpierw to przemyśleć. A on zamiast tego, przepełniony negatywną energią, którą w niego wlała - choć jej zachowanie było przecież całkowicie opanowane a ton pozbawiony emocji, rzeczowy – pozwolił sobie popłynąć z tym złym prądem, całkowicie zapominając o okolicznościach jej wizyty tutaj. - Tak, Callie, ty zawsze masz tą swoją pieprzoną rację. Dziękuję ci za piękne i wyczerpujące podsumowanie tego, jaki jestem. Bo sprowadzam się tylko do tego, co powiedziałaś. Prowadzę cudowne, całkowicie beztroskie życie, w ogóle nie muszę się o nic starać i dla niczego wysilać. Nigdy nie spotkała mnie nawet jedna przykra rzecz i teraz brakuje mi wrażeń, więc jak już się polenię przez większość dnia to łażę bez celu po mieście i szukam problemów innych osób, które mogę rozwiązać, bo nie mam własnych. Oprócz jednego. Bo tylko, kurwa, nie mogę jakoś znaleźć żadnej porządnej gosposi, która chciałaby przy okazji urodzić dla mnie dziecko. A wydaje mi się, że właśnie tego mi jeszcze trzeba, żebym mógł czuć się już tak w pełni spełniony i szczęśliwy. Może dasz mi namiary na jakąś? Ty przecież lubisz wpychać mnie w ramiona innych dziewczyn, pewnie znasz taką, co by się nadała. W sumie nie mam wymagań, byle tylko wpisywała się do mojego zajebistego obrazka, który tak dokładnie i nieomylnie raczyłaś nakreślić. – Zaczął, sącząc z siebie słowa powoli, ale szybko nabierał tempa, a jego głos się podnosił, narastał w gniewie i jakimś takim jadowitym, nieprzyjemnym tonie. Gdy skończył, przekręcił głowę do boku, tym samym odwracając od niej wzrok. Przez moment po prostu nie chciał na nią patrzeć, jakby nie mógł sobie poradzić z jej widokiem wobec wszystkiego, co mu zarzucała, a co on zrozumiał w pełni po swojej odpowiedzi. Parsknął krótko, oblizał wargi i splótł ze sobą uniesione na wysokość brzucha własne dłonie, mocno zaciskając na nich palce. Zaraz jednak opuścił ręce i wrócił do niej spojrzeniem. Wcale nie skończył. - Powiedz mi, Callie, bo staram się ogarnąć. Po co się ze mną zadajesz, skoro jestem dla ciebie tylko tym, co właśnie powiedziałaś? Na chuj do mnie przyszłaś, skoro sama chyba wcale nie chcesz tu być i chwilę po wejściu już zakradasz się do wyjścia? Co, liczyłaś na to, że teraz też okażę się dla ciebie ratunkiem, bo tym jestem przez większość czasu, ale coś nie zadziałało i w zamian musisz mi ponawrzucać? Powiem ci, czemu nie zadziałało i nie zadziała. Bo ty wcale nie chcesz być uratowana. Musiałabyś się wtedy przyznać, że nie dajesz sobie z czymś rady, a to jest poniżej twojej godności, dlatego teraz potrzebujesz sobie po mnie pojeździć, żeby chociaż w ten sposób poczuć się lepiej. Zdradzę ci coś. To też nie rozwiąże twojego problemu. – Patrzył na nią, ale wcale jej nie widział. Był zaślepiony frustracją i rozgoryczeniem. Jego chęć pomocy została stłumiona przez najprostszą w świecie złość. Sam uwierzył, że jeśli odpowie jej w nieprzyjemnym tonie, poczuje się lepiej ze wszystkim, co od niej usłyszał. Zapomniał, że powinni grać do jednej bramki – ale ona też o tym chyba zapomniała, więc w tym momencie mógł czuć się usprawiedliwiony.

@Callie Carter sabotage myself again, got a brain like a hurricane

luczkowa#6559mów mi

4poziom

75punkty


Callie Carter

kelnerka, sekretarka

Awatar użytkownika

22 y/o

170 cm

I'm scared to get close.

I hate being alone.

can you feel my heart?

Downtown

brak odznak

Post »

Wcale nie było jej do śmiechu. Nie wypełniała ją radość po słowach, które wypowiedziała i która miałaby pokrycie w uśmiechu na jej twarzy. Nie miałaby z czego się cieszyć, bo przecież nawet jeżeli jej słowa okazywałyby się prawdą, chociażby w jakiejś małej części to nadal, czemu miałoby to ją zadowalać? Bo przeprowadziła jakąś wnikliwą analizę jego osoby i rozłożyła go pierwiastki pierwsze? Dokopała się do jakiś prawdziwych powodów jego zachowania, obdzierając je z czystej bezinteresowności? Ukazała, że może on nie był tak dobry jak jemu samemu mogło się wydawać? To wszystko było przecież nie ważne, bo nie zmieniało to faktu, że Victor był zazwyczaj dobry, a powody które za tym stały nie miały większego znaczenia. Więc po co to wszystko? Ten wywód i to bezczelne zachowanie z jej strony. Tym razem nie mogła niczego zrzucić na alkohol i nietrzeźwy umysł. Nie spożyła nawet grama alkoholu. W pełni odpowiadała za wszystkie wypowiadane przez siebie słowa. Jej stan, w którym się znajdowała miał na to oczywisty wpływ, ale przecież teraz wyglądała jakby nic jej nie było. Nic jej nie ruszało. Jej wcześniejsze załamanie zdradzał jedynie rozmazany tusz na policzkach, który teraz całkowicie kontrastował z jej kpiącym uśmiechem.
- Cieszę się, że chociaż w tym się zgadamy - odpowiedziała równie ironicznie jak on. - Cały czas uważam, że Hailey świetnie by się nadawała. Wiesz, była dzisiaj na chwilę w barze… - powiedziała, przerywając swoją wypowiedź i odwracając się do niego plecami. Pozostawiając go na chwilę w tej niepewności, co mogło wydarzyć się potem. Skupiła swój wzrok na wazonie, który znajdował się tuż przed nią, chociaż tak naprawdę całą swoją uwagę na tym ołówku, wbijanym w jej dłoń. Niewielki ból, a tak dobrze potrafił ją oderwać od tego wszystkiego, co wypełniało ją w tej chwili. - Tylko, żeby przekazać zwolnienie, bo cały czas coś jej dolega. Gdyby nie to, że jest taka cherlawa to świetnie nadawałaby się na panią Snowdon. Chociaż, przecież ty się nią zaopiekujesz, bo tak lubisz to robić, więc… - ponownie przerwała, przechylając trochę głowę w bok. Ponownie zawiesiła się, tracąc wątek i uciekając myślami gdzieś daleko. A tam było gorzej. Mogłoby wydawać się, ze sytuacja w tym pokoju jest beznadziejna, ale to w jej głowie panował istny chaos, a ona tylko próbowała nie dać się jemu pochłonąć. Wyprostowała się i odwróciła głowę w jego kierunku. - Nie bój się. Nie powiedziałam jej nic o naszym małym występku. Furtka cały czas otwarta, więc możesz dopełnić swój obrazek i chyba nawet nie musisz się bardzo starać, jak zazwyczaj. - Odwróciła się z powrotem. Widziała jego narastającą złość i gniew, a jej stoicki spokój mógł jedynie sprawić, że brunet powinien czuć się jeszcze bardziej poirytowany.
Wysłuchała go dalej. Nie komentując ani nie przerywając jego słów. I jak skończył to też tego nie zrobiła. Nie spodobała jej się końcówka jego wypowiedzi. Przecież robiła to wszystko, żeby sobie jakoś pomóc. I udawała, że właśnie tak się dzieje. Skupiając się na nim, przez chwilę mogła zapomnieć o tym, co ją popychało do tych wszystkich słów i zachowań. Emocji nie mogła w sobie stłumić, ale mogła spróbować skierować je na inny obiekt. Nim okazał się Snowdon. Lecz gdy tylko wyszedł z tą swoją mądrością to zaczęła w nią wierzyć. Przypomniała sobie o tym jakim była okropnym człowiekiem i co w sumie ją tu przyprowadziło. Nie podobało jej się to. Nie mieli rozmawiać przecież o niej. Miała dość tego tematu, była nim przesycona. Miała dość samej siebie. W tej chwili nie chciała nawet być. I w swojej głowie robiła wszystko, by nie być. By stać się czymś, jakąś emocją, uczuciem, zupełnie odległym od tego żalu, przygnębienia i straty, którymi właśnie była. Jednak, gdy już jej o tym przypomniał to musiała zacząć działać intensywniej, by nie pozwolić tej trójce ponownie ją całą wypełnić.
- No nie zadziałało, jednak alkohol pozostaje niezastąpiony - powiedziała, unosząc dłoń w którym miała ołówek. Oparła go o wazon, który przed nią stał i jednym, pewnym ruchem popchnęła. Ten zaraz się przewrócił, po czym szybko sturlał, upadając na ziemię i roztrzaskując się o nią. Nie w drobny mak, ale na kilkanaście średniej wielkości fragmentów. Blondynka powędrowała za nim wzrokiem, po czym wypuściła ołówek z dłoni. Odwróciła się na pięcie i powoli zaczęła przemieszczać w kierunku mężczyzny. - Przynajmniej mam jeszcze jakąś godność i nie pozwalam się mieszać z błotem jak ty - mówiła, zaraz zatrzymując się przed nim. Uniosła powoli na niego swój wzrok. Może była mniejsza i niższa, jednak jej opanowanie sprawiało, że jednak w tej chwili miała jeszcze przewagę. Nie dotknął jej jeszcze tak mocno, jak ona co chwilę uderzała w niego. Więc należało jeszcze trochę popróbować, postarać się. - Po co? To w sumie bardzo proste, dziwne że twoja mądra główka sama na to nie wpadła - powiedziała, a na jej twarzy ponownie zagościł uśmiech. Uniosła dłoń i zaraz popchnęła go w ramię, tak jak wtedy na imprezie u Matta. - Bo jesteś cholernie słaby. I wiem, że mogę robić to wszystko, a ty nic nie zrobisz. Bo może to ja jestem mniejsza, ale to ty jesteś kruchy. I całkowicie nijaki, przewidywalny… dobry, posłuszny, uprzejmy, taktowny, grzeczny chłopiec. Twoi rodzice muszą być z ciebie bardzo dumni, Snowdon. - Skończyła swoją wypowiedź, ponownie go popychając i wpatrując się swoim chłodnym i pewnym wzrokiem prosto w jego oczy. Mówiła to wszystko specjalnie, mając nadzieję że w jakiś sposób ugodzi w jego męskie ego i go zdenerwuje. Nieświadomie, poruszając najgorszy temat, którego mogła się dotknąć. Jednak sama teraz na niego napierała, żądała konfrontacji, jakiś emocji i reakcji z jego strony. Chciała by mówił do niej i dalej jej wygarniał, by był wściekły, bo ktoś przecież powinien. Szukała jednocześnie wybawienia od swoich emocji i kary, która się jej należała. Pragnęła, żeby zabolało, dlatego nie opuściła jego domu. Bo jeżeli cokolwiek mogłoby skrzywdzić ją tak bardzo jak śmierć jej taty to był to tylko Victor.

@Victor Snowdon I'm meaner than my demons I'm bigger than these bones :evil:

niemów mi

3poziom

63punkty


Victor Snowdon

web developer i grafik

Awatar użytkownika

25 y/o

188 cm

the sun dont shine but it never did

and when it rains it fucking pours

but I think I like it

South End

brak odznak

Post »

Im mniej rozumiał jej postawę, tym mniej go obchodziło, co sprowadziło ją do niego w pierwszej kolejności, bo za jej sprawą wchodził tylko głębiej w te wszystkie plączące go, negatywne emocje, nad którymi dominował rosnący gniew. A zaczęło się od zwykłego, niepozornego i jeszcze kontrolowanego zirytowania, przeszło w złość, a teraz zostało jeszcze jedno, ostatnie stadium – wściekłość. I do niej też miało sięgnąć, choć Victorowi zdawało się zawsze, że akurat Callie go w nią nie wpędzi. Działała na niego bardzo mocno na różnych płaszczyznach, ale tej by jej nigdy nie przypisał. Powinno go może zaalarmować, jak zareagował na jej dziwne zachowanie przy bilardzie, ale tłumaczył sobie, że to było przecież dawno temu, dla niego wszystkie przykre emocje były wtedy o wiele świeższe i jeszcze gorzej sobie ze sobą radził niż teraz. Z resztą wtedy był raczej po prostu mocno wkurzony, ale nie na swojej granicy – której, swoją drogą, do tej pory nadal nie poznał.
Dobrze, że się od niego odwróciła. Wspomnienie Hailey odbiło się w nim kłującym impulsem w żołądku i wykrzywiło mu twarz. Nieznacznie, ale jednak rozpoznawalnie. Kiedy poszła już na to pierwsze zwolnienie, ich kontakt się rozmył – po zaledwie kilku wspólnych wyjściach nie zdążyli stać się sobie na tyle bliscy, aby potrzebować rozmawiać ze sobą przez telefon czy choćby nawet tylko pisać. A mimo to było mu jakoś głupio wobec niej z tym, że przespał się z Carter - o ile ich wspólną noc można było sprowadzić jedynie do tego... Nie, tą noc trzeba było tylko do tego sprowadzić. Bo jak coś, co w rzeczywistości nic nie zmienia, mogłoby znaczyć cokolwiek więcej niż zwykły seks dla rozładowania napięcia? W każdym razie niby nie miał wobec brunetki żadnych zobowiązań, ale i tak poczuł się podle z tym co zrobił, poniekąd nie fair wobec niej. A teraz, gdy Callie do tego nawiązała, to uczucie do niego wróciło, tylko że spotęgowane. Bo wiedział, że to tak czy siak było nie w porządku i tym bardziej nie uważał, że powinien nawiązywać ponowny kontakt. Ale mimo to czuł się wyzwany do podjęcia reakcji. Na dobrą sprawę w chwili obecnej wszystko stanowiło dla niego punkt zaczepienia. - W sumie może rzeczywiście. Myślę, że Hailey przynajmniej potrafiłaby przyjąć i docenić moją troskę. Nie wiem, po co trzymałem ją na dystans i się z nią wstrzymywałem. - Wiedział. Chciał Callie, a choć jeszcze wtedy nie było to dla niego jasne, to już teraz zdążył przejrzeć na oczy. Nie łaknął zainteresowania żadnej innej dziewczyny. Nie chciał ofiarować siebie w pełni jakiejś innej. A teraz ta jedna, dla której pragnął być wszystkim, czego tylko potrzebowała – jawnie po nim jechała, obśmiewając w nim wszystko, co tylko się dało, jakby całkowicie nim gardziła. – Skoro więc byłaś taka miła i nic jej nie powiedziałaś, pewnie faktycznie nie muszę się zbytnio trudzić. Ale wiesz, że ja lubię wynagradzać innym wszystko, więc mógłbym się dla niej dodatkowo postarać, nawet jeśli o niczym nie wie. Dla wyrównania karmy. – Nie wiedział już nawet, po co w ogóle to dodał. Czy chciał wzbudzić w niej zazdrość, czy może tylko odebrać wartość swoim słowom o byciu jej zadośćuczynieniem – motywy zaczęły mu się zacierać i rozmywać, pozostała jedynie gorliwa próba obrony atakiem. Teraz, kiedy ją podjął, mógł ze stosowną, pewną siebie miną zmierzyć się z Carter spojrzeniem skoro się do niego przelotnie odwróciła.
I zaraz jego twarz ponownie zmieniła wyraz. Jakby osłupienie, które ogarnęło bruneta wraz z widokiem i dźwiękiem tłukącego się wazonu. Niby pierdoła, niby głupi kawałek ceramiki, a on zaraz gwałtownie zacisnął obie dłonie w pięści i po kilku sekundach, kiedy wyszedł z jakiegoś dziwnego, pierwszego oszołomienia, zmarszczył brwi i posłał blondynce gniewne spojrzenie. Nie, Snowdon, nie komentuj tego, nie wybuchaj, to tylko jakiś pieprzony wazon. Z mocno ściągniętymi w wąską kreskę ustami i napiętą szczęką powstrzymywał się przed jakimikolwiek słowami. Jakby zauważył, że jednak lepiej odnaleźć i zaciągnąć ręczny hamulec, bo to zaczyna go przerastać. Tylko niestety mimo braku reakcji i tak coraz mniej sam siebie ogarniał. Przestawał sensownie myśleć. Przestawał myśleć w ogóle, ograniczony przez jej kolejne krzywdzące słowa i bliskość, której teraz wcale nie chciał. Dokładnie tak jak w sypialni u Hendersona, cofnął się od jej pchnięcia. Przez moment mogło się wydawać, że wpada w typową dla siebie bierność. Jednak na to zwieńczenie wypowiedzi ostatnimi słowami o rodzicach w jego oczach rozbłysnęła bardzo niepokojąca iskra. Pozwolił się jeszcze raz popchnąć, ale od razu po tym pochwycił jej rękę w nadgarstku i utrzymując ją w górze, ścisnął. - Szkoda, że mylisz się tak samo, jak w poprzednich kwestiach. Akurat w tym zajebiście mocno chciałbym przyznać ci rację. – Te dwa zdania wycedził przez zęby, a w jego ciemnych oczach zapłonął trwożący ogień. – Widzisz, Callie, moi rodzice całe życie tylko się o mnie martwili. Najpierw, że jestem pieprzonym odludkiem, że mają społecznie upośledzone dziecko które z nikim nie utrzymuje kontaktów, a może to nikt z rówieśników nie chce z nim gadać bo jest takie dziwne. Potem przestraszyli się, bo nagle na studiach zrobiłem się zbyt otwarty i rozrywkowy, chociaż nie mieli tego takiej świadomości od razu, właściwie dowiedzieli się dopiero jak im powiedziałem, że przez imprezy ledwo co ukończyłem drugi rok na studiach, tylko po to żeby je rzucić i zacząć zabawę w kapelę. Szło nam tak świetnie że często po kilka dni nic nie jedliśmy, w końcu musiało starczyć na zabawę po koncercie a coś było ważniejsze. Potem zacząłem niby normalnieć, uspokoiłem się, za jakiś czas zespół i tak się rozpadł, a kiedy wróciłem do domu taki kolorowy to mnie nie poznali. Jak już ośmieszyłem się wystarczająco przed dziekanami i innymi ludźmi na uczelni, żeby pozwolili mi wrócić na studia, i wydawało się, że w końcu będę taki, jakim chcieli mnie rodzice, po tych kilku latach miałem dyplom i pracę… – Mówił prosto w jej twarz z bardzo czytelnym wyrzutem w głosie, i choć wcale nie krzyczał, te silne emocje przez niego przemawiające sprawiały, że jego ton był nieprzyjaźnie uniesiony. Naparł na jej rękę, robiąc przy tym krok do przodu, ją zmuszając do postąpienia do tyłu. - Wtedy uroczyście im obiecałem, że nigdy nie dam im tego, czego pragną ode mnie najbardziej, bo nawet jak już może kiedyś znajdę jakąś dziewczynę na poważnie, to nie chcę i nie będę mieć żadnych pierdolonych dzieci. Czyli z wnuków nici. I co z tego, że nadal mnie wspierali, jeśli wiem, że sprawiłem im największy możliwy zawód? Niby zaczynałem sobie radzić, ale byłem ich rozczarowaniem. I to takim najgorszym, do którego aż wstyd im się było przyznać przed innymi. I wiesz co jest najśmieszniejsze w tej historii? – Oczy miał ciągle przed jej twarzą, ale jakby dopiero teraz złapał prawdziwy kontakt z rzeczywistością i z jej spojrzeniem. Ponownie na nią naparł. Po prostu chciał, żeby teraz ona musiała się przed nim cofać. – Że już się skończyła, właśnie na takim chujowym etapie. Też nie mam już szans żeby to naprawić i musiałem pochować ich ze świadomością, że nie wynagrodzę im już nigdy całego tego cierpienia, które im przysporzyłem. – W tych ostatnich zdaniach dało się już usłyszeć, przez jak mocno ściśnięte gardło mówił, albo raczej wyrzucał z siebie prawdę o swoim życiu. Oddychał ciężko z emocji i tylko ten intensywny gniew hamował w nim jeszcze wybuch rozpaczy. W efekcie ich wspólnej, powolnej, wymuszonej przez niego wędrówki, blondynka musiała w końcu zatrzymać się na tyle oparcia od kanapy, mierząc się z wściekłym wzrokiem Victora przed sobą. - Aha, jeszcze wracając - mam pytanie. Bo co jest tak naprawdę siłą, a co słabością? Wyżywanie się na osobie, której na tobie zależy, choć nie zrobiła ci nic złego, ale przecież jakoś potrzebujesz sobie ulżyć i przewidujesz, że przejdzie ci to bezkarnie - czy znoszenie wszystkiego jak leci dla tej jednej osoby, na której ci zależy, byle dać jej możliwość jakoś odreagować jeśli myśli, że to jej pomoże. Jak myślisz, co jest co? – Jego ton był już ewidentnie przesycony szczytowym rozgoryczeniem. Dopiero teraz puścił jej nadgarstek, odtrącając go i jednocześnie się odsuwając. Niedbałym ruchem przejechał obiema łapami po swojej twarzy w górę i wplótł zaraz palce we włosy. Za coś musiał się trzymać. - Jak mogłaś pewnie zauważyć, ja pierdolę już tą swoją niby słabą rolę, bo nie mam na nią dłużej siły. Rozumiem że jest ci ciężko, ale przegięłaś, i w końcu mam zwyczajnie dość! – Krzyk z własnych ust brzmiał mu całkiem obco, tak jak obca była dla niego cała ta sytuacja. Wcale nie chciał się mierzyć z jej zarzutami i własną historią na raz, na to nie był w ogóle gotowy i ewidentnie sobie nie radził ze swoimi emocjami. Opuścił szybko ręce, obrócił się jakby chciał odejść i nawet zaczął stawiać pierwszy krok, po którym zaciął się, wrócił, obrócił z powrotem. I jeszcze szybciej niż się odsunął, zbliżył się znów do blondynki. I nagle po prostu zastygł. Patrzył na nią jeszcze przez chwilę a jego oczy zrobiły się w końcu niemal zlęknione. - Callie, przepraszam. – Głos cichy, przejęty, mina taka marna. Dłonią delikatnie ujął jej policzek, po czym odczekał jeszcze kilka sekund, zanim znów się odezwał. Inaczej niż dopiero co. Kompletnie chłodno i ostro. – Wybacz mi, bo zdaje się, że przerwałem Ci czepianie się mojego idealnego życia. Śmiało, kontynuuj, czekam. Chyba, że już skończyłaś, to wypierdalaj. – Cofnął od niej rękę i skrzywił się niemal z obrzydzeniem. Wykonał dosłownie jeden szybki krok do tyłu. I ryknął z całej siły. – Powiedziałem wypierdalaj, Carter! Czy jeszcze ci mało? Zniszczyłaś każdą wartość we mnie i jedyną cenną, pamiątkową rzecz w tym domu, już nie mam co ci, kurwa, więcej dać! – Odwrócił się od niej gwałtownie i szybkimi krokami bez słowa więcej przemieścił się do kuchni. Zaczął nerwowo otwierać i przeszukiwać kolejne szafki, a gdy nie znajdował tego, czego chciał, zatrzaskiwał je z hukiem. I w końcu zamarł. Pochylił się nad blatem, oparł się o niego obiema rękoma i zacisnął mocno powieki. Zrobiło mu się niedobrze, ale nie zaszkodziło mu żadne jedzenie tylko własne zachowanie. Już wiedział, że nie będzie umiał spojrzeć sobie w oczy. Nie chciał tego, ale jednocześnie tego potrzebował. I sam siebie za to nienawidził.

@Callie Carter took what you wanted and flipped it, but you won't be dragging my name to the bottom... and now it's come to end, I think I'm giving in - you set my demons free

luczkowa#6559mów mi

4poziom

75punkty


ODPOWIEDZ

Wróć do „Dom #2”